Prowadzę małe studio kreatywne w Krakowie. Zatrudniamy osiem osób. Przez dwa lata walczyłem z problemem, który zna każdy właściciel małej agencji: zespół pracuje obok siebie, ale nie ze sobą. Kreatywność szwankowała, a spotkania ciągnęły się godzinami bez konkretnych pomysłów. Próbowałem standardowych narzędzi – burze mózgów, tablice zadań, nawet piątkowe piwko. Nic nie działało na dłużej.
Zacząłem szukać czegoś lżejszego, co wciągnęłoby ludzi bez przymusu. Przypadkiem trafiłem na codzienne wyzwania słowne. Kiedy szukałem inspiracji, zajrzałem na Oficjalna strona Haslowo i zobaczyłem, że to coś więcej niż zwykłe krzyżówki. Zdecydowałem się wprowadzić dziesięciominutową rundę gier słownych na początek każdego poranka. Efekty zaskoczyły mnie już po dwóch tygodniach.
Dlaczego postawiłem na gry słowne, a nie standardowe szkolenia
W 2022 roku wydałem 3500 złotych na warsztaty z komunikacji dla całego zespołu. Po trzech miesiącach nikt nie pamiętał ćwiczeń, a nasze spotkania wróciły do starych nawyków. Gry słowne kosztują mnie teraz zero złotych miesięcznie, jeśli korzystam z darmowych wersji, albo 15 złotych za dostęp do rozszerzonej bazy haseł. Różnica w cenie jest ogromna, ale nie o pieniądze tu chodzi. Standardowe szkolenia opierają się na gotowych scenariuszach. One nie wymagają od ludzi myślenia w czasie rzeczywistym. Tymczasem gra słowna zmusza każdego do szybkiego kojarzenia, łączenia faktów i szukania synonimów pod presją czasu. W moim zespole mamy grafików, copywriterów i programistę. Każdy z nich reaguje inaczej na to samo hasło. Programista szuka logicznych powiązań, copywriter myśli o kontekście, grafik widzi obrazy. Ta różnorodność perspektyw zaczęła przekładać się na nasze projekty. Zauważyłem, że po trzech miesiącach regularnej gry ludzie częściej dzielili się nietypowymi pomysłami podczas właściwej pracy. Nie musiałem już organizować osobnych sesji kreatywnych. Wystarczyło, że rano rozgrzaliśmy mózgi.
Jakie efekty przyniosło regularne granie
Po pół roku postanowiłem zmierzyć, czy to faktycznie działa. Porównałem czas realizacji projektów z okresu przed wprowadzeniem gier i po nim. Wcześniej średni czas od briefu do pierwszej wersji wynosił 12 dni. Po wprowadzeniu porannych rund spadł do 9 dni. To 25 procent szybciej. Nie mam twardych danych, że to wyłącznie zasługa gier, ale w tym samym okresie nie zmieniałem żadnych innych procesów. Liczba poprawek zmniejszyła się o 15 procent. Klienci rzadziej prosili o zmiany, bo nasze pierwsze pomysły były trafniejsze. Poza wymiernymi efektami zyskałem coś, czego nie kupi się za pieniądze. Ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać. Przed graniem większość kontaktów ograniczała się do komunikatorów. Teraz przy herbacie ktoś rzuca hasło z porannej gry i wybucha dyskusja. Młodszy grafik, który wcześniej prawie nie odzywał się na spotkaniach, teraz prowadzi czasem rundę. Wiem, że to nie jest rewolucja, ale dla małej firmy takie małe zmiany budują zgrany zespół. Jeśli ktoś ma podobne problemy, polecam spróbować czegoś prostego. Nie trzeba od razu inwestować w drogie narzędzia. Czasem wystarczy codzienna dawka słów i dobrej zabawy.